O mnie

Zaczynam swoją przygodę z wyższą edukacją. Może kiedyś będzie ze mnie prof. dr hab. n. med.??

środa, 6 września 2017

Praktyki po czwartym: cz.1 - chirurgia

Trochę czasu minęło od zakończenia moich tegorocznych praktyk. Tym razem rozpoczęłam nimi wakacje. To był dobry wybór. W taki sposób udało mi się nacieszyć nieco wakacyjną pogodą, a teraz piszę do Was już w deszczowej, jesiennej aurze - która swoją drogą całkiem mi odpowiada :) 

Po czwartym roku praktyki obejmują dwa tygodnie na internie i dwa na chirurgii. Rozbiłam je sobie na trzy oddziały. na pierwszy rzut poszła chirurgia ogólna. Pierwszego dnia stawiłam się na obchodzie po nocy spędzonej w pociągu z drugiego końca Polski, a już o 8 myłam się do asysty. Była to adrenalektomia, było podejrzenie przerzutów - dlatego nie zdecydowano się na operację laparoskopową. Generalnie, gdy szłam na operację to po tych kilku godzinach zmywałam się do domu. W pozostałych dniach było nas więcej, dlatego każdego dnia kto inny asystował - reszta obserwowała lub szła do poradni. Tam też można było dużo się nauczyć - badanie fizykalne, badania obrazowe, wyniki badań laboratoryjnych, a przede wszystkim historia choroby, która u każdego pacjenta jest inna, i którą sami chętnie opowiadali (mimo że bardzo często były trudne). Operowane były głównie nowotwory (szczególnie układu pokarmowego, jak na ogólną przystało), dużo więc udało mi się zobaczyć - resekcję jelita, wyłanianie ileostomii, guz odbytnicy... Pamiętam jedną operację, która szczególnie mnie zainteresowała - był to guz jajnika naciekający prawie wszystko, co miał na swojej drodze - wśród operatorów był też ginekolog - dobrze było zobaczyć, jak lekarze różnych dziedzin współpracują i radzą się siebie nawzajem. Sytuacja była naprawdę kiepska, sam jajnik urósł do gigantycznych rozmiarów,  nie znam jednak dalszych losów tej pacjentki.

Kolejny chirurgiczny tydzień spędziłam na urologii. Wybór padł całkiem przypadkowo, pomyślałam, że spróbuję czegoś nowego i przyznam się, że nie oczekiwałam dużo pracy i ciekawych przypadków. Muszę przyznać, że tu zostałam pozytywnie zaskoczona. Każdego dnia każdemu studentowi wyznaczano odpowiednie zadania - tak, aby nauczyć się wszystkiego. Tutaj asystowałam do zabiegu cystektomii. To była (jak dla mnie) bardzo długa operacja, dostęp ciężki, pęcherz ogromny i twardy (oczywiście nowotwór), wyłaniano ureostomię. Jak przy każdym zabiegu, bałam się, że z moją ostatnią skłonnością do słabnięcia, czasem nawet omdleń, nie dam rady. Jednak dobre śniadanie, emocje (jakieś takie poczucie odpowiedzialności) i adrenalina nie zawiodły. Miłym akcentem następnego dnia podczas obchodu było to, że lekarze pamiętali kto brał udział w zabiegu i zawołali mnie na POP, mówiąc: - Chodź, zobaczysz pacjenta, którego wczoraj operowałaś.
Uczestniczyłam też w zabiegach stulejki - w różnych postaciach, mniej i bardziej zaawansowanych. Byłam w pracowni ESWL, czyli rozbijania kamieni nerkowych i moczowych. Do poradni standardowo przychodzili starsi panowie z przerostem prostaty, pacjenci z podejrzeniem lub po resekcji nowotworu pęcherza moczowego. W przypadku tych drugich, wykonywaliśmy badanie, które chyba najbardziej przypadło mi do gustu - cystoskopię. Polubiłam je do tego stopnia, że wykonałam trzy pod rząd, a opis ostatniego dr wydrukował mi na pamiątkę (z zaznaczeniem, kto je wykonał oczywiście :)) Może to brzmieć zabawnie, ale naprawdę podobało mi się, że mogłam zobaczyć jak to wygląda od środka, manewrować kamerą, wyciągać cewniki. To coś zupełnie innego od zwykłego USG. Młodsi pacjenci, poza problemem stulejki, pojawiali się z nowotworami jądra, wodniakami - wykonywaliśmy USG. Tym, z nowotworem pęcherza moczowego wykonywaliśmy wlewki dopęcherzowe. Pacjentom (głównie po przeszczepieniu nerki) w gabinecie usuwaliśmy też cewniki JJ, o którym słyszałam już pierwszego tygodnia IV roku - teraz mogłam go zobaczyć i wyciągnąć, za pomocą mojego ulubionego cystoskopu :) Co może niektórych zdziwić to panie również są pacjentkami a urologii :) Do poradni przychodziły na badanie ureodynamiczne, z problemem nietrzymania moczu, bądź wypadaniem narządów płciowych, lub też po wspomnianym już przeszczepie nerki. Urologia to też dobre miejsce, by wprawić się w cewnikowaniu i badaniu per rectum. To drugie może nie jest marzeniem każdego studenta medycyny, jednak uważam, że lepiej nauczyć się tego pod okiem specjalisty (gdy nie ponosimy pełnej odpowiedzialności) niż w późniejszej praktyce czegoś nie rozpoznać. Nie trzeba iść na urologię, to badanie wykonuje się też u rodzinnego, na SORze czy na internie - nie zawsze jednak lekarze (i pacjenci) są chętni, by nam to pokazać.  

Z pewnością nie opisałam wszystkiego - przez te dwa tygodnie wydarzyło się tyle, że nie sposób pamiętać to tyle czasu później. Cieszyłam się z tych praktyk. Mimo, że jedyna rzecz, której jestem na 100% pewna w związku z moją medyczną przyszłością to to, że nie będę ani okulistą, ani chirurgiem właśnie - cieszyłam się z tych praktyk. Bo każdy lekarz powinien mieć takie doświadczenie. Być, zobaczyć, spróbować. Wiedzieć, jak wygląda sala operacyjna. Znać podstawy szycia. Na zajęciach nie zawsze udało się asystować do zabiegu. Tutaj, jeśli ktoś chciał mógł zostać po południu na przeszczep nerki np. Przyszli chirurdzy z pewnością byli zafascynowani. Ja cieszyłam się, że mogę zdobyć nowe doświadczenie, bez zbędnego "parcia". Cieszyłam się, że lekarze traktowali mnie jak koleżankę. Że mogliśmy razem usiąść w przerwie przy kawie i na luzie porozmawiać. Że pacjenci dziękowali po wykonanej cystoskopii za badanie, bo "nic ich nie bolało". To chyba zapamiętam najdłużej :) 


środa, 11 stycznia 2017

nareszcie studiuję!

Muszę się pochwalić. Minione święta były pierwszymi "świętami bez egzaminowych perspektyw" w mojej studenckiej karierze. Żadnych książek, żadnych notatek, żadnego poczucia obowiązku, żadnego strachu, żadnego wrażenia marnowania czasu. Były za to miłe, rodzinne chwile, dobre jedzonko, spacery, uśmiechy, ciepłe dłonie, rozmowy, muzyka, śpiewy, tańce, zwiedzanie, kultura, JEDNOŚĆ. Takiej jedności mi zwykło brakować, gdy wśród bliskich musiałam oddalić się i zająć choć przez kilka chwil nauką, żeby uspokoić sumienie. Mój brak egzaminowych perspektyw był (wciąż jest) potęgowany perspektywą trzech wolnych tygodni w lutym. Nareszcie, po trzech latach mąk, jestem szczęściarą - prawdziwie studiuję. Mam czas zarówno na obowiązki i dodatkowe aktywności. Planując coś, otwieram kalendarz i zapisuję konkretną datę, bez wertowania kartek do przodu i liczenia ile to dni przed kolokwium. Czasem kilka wydarzeń nadkłada się na siebie i to dopiero jest smutne!
Ta prawdziwość studiowania to nie wieczna impreza, choć przyznać muszę, że i na to więcej czasu się znajduje i rzadko kiedy piwkiem się gardzi (dzięki Bogu za dobrych ludzi, którzy czasem budzą styranych wstawaniem na zajęcia o 7.30 przez cały tydzień studentów wracających z "piwka" ostatnim tramwajem), ale też podróże, spokój, ŻYCIE, poszukiwanie, zainteresowanie, rozwijanie się, koła naukowe, dyżury, konferencje, książki, publikacje, komputer, kawa i zagłębianie się w jakiś temat, powoli, bez stresu - wspaniałe!
Jestem przeogromnie wdzięczna za miniony rok. W pierwszych jego minutach życzyłam, żeby to był "nasz rok", w ostatnich dopiero odczułam, których "nas" on był. I chyba też zrozumiałam wreszcie, dlaczego nie mam w zwyczaju robienia postanowień noworocznych. My, ludzie, zachowujemy się bardzo impulsywnie, jesteśmy bardzo emocjonalni. Momentalnie ulegamy fascynacjom, snujemy dalekosiężne plany, a potem, zupełnie nagle, niekonsekwentnie, bez walki, z nich rezygnujemy. A przecież zwykle wystarczy tylko cierpliwość i cicha obecność, trwanie w "powolnym robieniu swego", zrozumienie, wsparcie (nawet to od samego siebie) - i wszystko, naturalnie, w swoim tempie zacznie się układać. W to wierzę i tego chcę: robić swoje i wykorzystywać szanse, które co jakiś czas podsyła los. I to jest moje jedyne postanowienie, ale nie na nowy rok - na każdy nowy dzień. I tego też Wam życzę, żebyście każdego dnia tego nowego roku witali nowe szanse, z uśmiechem, z motywacją, z wiarą!
Kończę uśmiechem, coby nie było tak nostalgicznie :) Trzymajcie się ciepło w te mrozy!



środa, 2 listopada 2016

dotrzymana obietnica

Będąc na pierwszym roku, w okolicach Wszystkich Świętych asystenci na anatomii zachęcali nas by odwiedzić naszych Dawców. To był jednak pierwszy długi weekend i zapewne pojechałam wtedy do domu, potem w perspektywie było pierwsze kolokwium, nie było więc czasu na wyprawy na cmentarz na drugim końcu miasta. Powiedziałam sobie, że odwiedzę ich jak zdam anatomię w pierwszym terminie. Anatomię zdałam, ale obietnicy nie dotrzymałam. Do wczoraj. Mimo że trochę trwało zanim wreszcie się zmotywowałam, cieszę się. Bo należy Im się chwila ciszy, zadumy, jakieś podziękowanie. Kiedyś zuchwale żartowałam, że bez problemu swoje ciało nauce też bym oddała. Po zajęciach w prosektorium, znając atmosferę tam panującą - nie wiem, czy zdecydowałabym się na to samo. Być może to nie była ich decyzja. Być może nie miał kto za nich zdecydować. Ale trzeba przyznać, że wykształcili wiele pokoleń. Być może dla nas w większości były to tylko preparaty. Patrzyliśmy zimnym okiem oceniając położenie różnych struktur, porównując  je do obrazków w atlasie, bez świadomości, że w tych naczyniach kiedyś płynęła krew, że tętniły one życiem. Teraz wreszcie mamy na to czas. Doceńmy takie poświęcenie. Podziękujmy. Zapalmy świeczkę w ich intencji. 


niedziela, 30 października 2016

już mnie swędzi

Jestem już  po dwóch blokach. Jak po tytule można się domyślić, jednym z nich była derma. wrr... Fartuch już wyprany i wyprasowany, nic już nie czuć maścią Wilkinsona. Na objawy ewentualnego zakażenia różnorakimi tworami trzeba jeszcze poczekać kilka tygodni. Dlaczego się tak martwię? Wiem, że ryzyko nie jest duże, być może nawet znikome, dermatolodzy przez 20 lat pracy w zawodzie nic od pacjentów w nadmiarze nie przynieśli na sobie, jednak na wszelki wypadek z koleżankami zabookowałyśmy sobie u naszego prowadzącego weekendową kurację i ostatnie opakowanie wspomnianej wcześniej maści. Nawet własną salę mamy dostać! :D
A wszystko zaczęło się tak: doktor zawołał nas do chłopczyka z AZS do przyjęcia. Wywiad zbierał z jego mamą przez telefon, więc za dużo się nie dowiedziałyśmy. Kazał nam porozmawiać z dzieciaczkiem i zbadać go. Na AZS to nam nie wyglądało, ale w końcu to był nasz pierwszy tydzień na oddziale - co my możemy wiedzieć. W zgięciach łokciowych przebarwienia posterydowe, na tułowiu kilka krostek. Badamy, oglądamy, dotykamy - krosty czy grudki???
 Doktor pyta:
- No i co u pacjenta stwierdzacie?
Na co my, zasugerowane jego wcześniejszą podpowiedzią, zgodnie odpowiadamy:
- Atopowe zapalenie skóry.
- A gdzie jeszcze podobne zmiany występują?
- Hmm... no może w łuszczycy.... w świerzbie...
- No!
- To co to jest?
- No wtórne zakażenie świerzbem! (tu zadowolona, chytra mina, po której wszystkie poleciałyśmy zdezynfekować ręce)
A potem, już przy kolejnym pacjencie koleżanka pyta lekarskim szyfrem:
- Doktorze, czemu pan nam nie powiedział, że ten chłopaczek ma scabies?
Na co doktor:
- Ale ja też go wcześniej bez rękawiczek badałem!
No cóż, "równouprawnienie"...

Na egzaminie praktycznym natomiast trafił mi się bardzo sympatyczny pan. Głównym problemem były cechy niewydolności żylnej na podudziach z owrzodzeniem na jednej kończynie. Ale jako że to zaliczenie, a ze mnie taka pilna studentka, zapytałam się o inne zmiany i poprosiłam o ściągnięcie koszuli. W międzyczasie pytam gdzie pan mieszka i z kim:
- Proszę pani, dokładnie mieszkam na tej ulicy i pod tym numerem.
- A z kim pan mieszka?
- Z żoną i dwiema córkami, ale śliczne, mądre!
Pan ściągnął koszulę, obserwuję liczne grudki i przeczosy na ramionach, brzuchu, okolicy krzyżowej... Pytam więc:
- A u pozostałych domowników też takie zmiany występują?
- Proszę pani, prawdę mówiąc to ja od 15 lat mieszkam na ulicy, bo mnie żona z młodszym zdradziła i nie chcę jej widzieć! Ale przystojniejszy w sumie był... Ale to nie jest świerzb, bo mnie teraz nie swędzi, a tamtego tyle dni smarują, a ciągle się rypie!
Zapisuję, zadaję resztę pytań, kończę:
- No to w takim razie wszystko, dziękuję panu, chyba że chce mi pan jeszcze coś powiedzieć?
- Że pani jest taka piękna i mądra!
No cóż, szczerość przede wszystkim. Nie wiem po co pan zgrywał przede mną nie wiadomo kogo, nawet gadać po angielsku chciał, bo podobno w Kanadzie kiedyś był! Ale po co ściemniać, lepiej jak inny pacjent prosto z mostu strzelić, że się na kartonach śpi, a nie się biedna studenta domyślać musi i podchodzić kolesia, bo się boi go stygmatyzować i od razu do bezdomnych kwalifikować. Odpicowanego bezdomnego na oddziale czasem ciężko jest odróżnić od samotnego, starszego pana...

Tyle o dermatologii, bo już mam wrażenie, że wszystko mnie swędzi.

Powiem jeszcze trochę o tym nowym, blokowym systemie, który pokochałam i który czasem mnie już irytuje. Plusem jest to, że uczymy się cały tydzień jednego przedmiotu. Nie ma rozpraszaczy, nie ma trudniejszych przedmiotów, na których trzeba się skupić bardziej, kosztem innych. Kończymy około południa, czasem wcześniej, czasem później, ale zawsze jest czas żeby ugotować sobie obiad i go zjeść, oglądając przy tym ulubiony serial. Nauki jakoś specjalnie dużo też nie ma. Choć czasem tydzień czy dwa to niewystarczająco żeby całość materiału ogarnąć, żeby się to wszystko normalnie, naturalnie w głowie poukładało. Raz w tygodniu jakiś wykład wpadnie, to dla rozrywki można pójść, posłuchać, nawet jakieś notatki zrobić. W weekend spokojnie można pójść na imprezę, albo wyjechać gdzieś, parę razy imprezy wypadły już w środku tygodnia. W moim planie w każdym semestrze mamy przeznaczone 2 tygodnie na fakultety, jak dobrze pójdzie z zapisami to okażą się one dwoma wolnymi tygodniami <3. Minusem jest na pewno to, że (teoretycznie)  zaczynamy codziennie o 8. Każda klinika ma swoje zasady, jedni każą przychodzić na 8.15, inni na 9, a jeszcze inni na 7.30. Przez pierwszy tydzień miałam na 8.15, a i tak pod koniec tygodnia czułam się jak trup. Myślę jednak, że to kwestia przyzwyczajenia. Czasem też na oddziale jest po prostu nudno. Niektórzy lekarze każą na siebie czekać, bo mają jakieś papierkowe sprawy do załatwienia. Czasem po prostu pacjenci nie są za bardzo rozmowni i wywiad się nie klei. Ogólnie jest to jednak pozytywne, gdy idziemy w naszych mundurkach, ze stetoskopem na szyi na zajęcia, a ludzie mówią nam "Dzień dobry". Gorzej gdy pytają nas o drogę, albo gdzie jest toaleta a to nasz pierwszy dzień na oddziale i nie ogarniamy jeszcze wszystkich labiryntów w danym budynku.

W temacie ostatnich głośnych akcji polityczno-medycznych za dużo się nie wypowiem, bo sama nic na ten temat nie czytam, wystarczą mi opowieści, które słyszę od ludzi w grupie. Smutno mi tylko trochę, że coraz większy brak perspektyw przed nami. Coraz więcej osób, z którymi rozmawiam, chce wyjechać. A ja póki co patrzę na to wszystko z boku i zauważam, że moje pragnienie by dostać się na te studia było większe niż pragnienie by je skończyć. Leci dzień za dniem, robię swoje, ale nie myślę za dużo o przyszłości. Nie widzę sensu, żeby przywiązywać się do jednej, jedynej wymarzonej specjalizacji, bo kto wie, czy w ogóle miejsce na ową się znajdzie. Nie widzę też ku temu sensu, bo jestem zdania, że wszystkiego trzeba najpierw spróbować, sprawdzić się, skonfrontować z różnymi dziedzinami. Myślę sobie: jeszcze mamy czas. Ale jakby nie patrzeć - połowa studiów za nami. Aż się wierzyć nie chce. Ze mnie przecież ciągle jeszcze taka małolata...

sobota, 1 października 2016

Praktyki po trzecim

Pierwszego dnia moich praktyk internistycznych dr Krejzol (o którym można było poczytać w relacji z praktyk pierwszorocznych, bo w tym roku zawitałam na ten sam oddział) stwierdził, że należy zrobić mi wejściówkę. Pierwsze (i jedyne) pytanie brzmiało: Jaki temat jest opisany na 1532 stronie Szczeklika??? Oczywiście, spudłowałam.

Po trzecim roku mamy praktyki na oddziale internistycznym i pediatrycznym
Na pierwszy rzut u mnie poszła interna, tam gdzie zwykle do tej pory te wakacyjne praktyki robiłam. Oooo mamo, przez całe moje życie nie wynudziłam się tak bardzo jak podczas jednego dnia tam! Już pierwszego dnia pani dr powiedziała mi: "szkoda, że nie przyszłaś tydzień temu, ordynator był na urlopie, zastępca by Ci wszystko podpisał i nie musiałabyś przychodzić", ale jako że już przyszłam, pomierzyłam tylko ciśnienia i kolejnym autobusem, podziwiając nadwiślańskie krajobrazy, wróciłam do domu. Dnie mijały następująco: przyjeżdżałam późniejszym autobusem, niespiesznie zdążałam do szpitala, powolutku się przebierałam, weszłam do lekarskiego, siadłam, wzięłam z półki książkę (czytałam o EKG, nawet mi się to potem przydało, bo jeden pacjent z LBBB się znalazł, zaplusowałam więc panu ordynatorowi na obchodzie) i czekałam, aż doktórzy skończą swoje sprawy papierkowe i wreszcie ruszą na obchód, najczęściej około 11. Czasem coś tam mi dali do ułożenia, do napisania, jakaś recepta się trafiła raz bądź dwa, raz poszłam z panem doktorem spuścić płyn z opłucnej, raz spróbowałam zrobić kardiowersję, ale chyba pan ordynator bał się i ustawił za małą moc, bo musiał po mnie poprawić, więc w sumie nie ma się czym chwalić. No, może moją głupotą, bo jak już pacjenta strzeliłam tym prądem to tak podskoczył, że aż się wystraszyłam czy go nie zabiłam, w dodatku jego uśpiona twarz wyglądała jak z horroru, haha. Pan ordynator się ucieszył gdy przepisywał Xarelto, a ja spytałam czy to czasem nie riwaroksaban. Poszliśmy sobie zrobić echo serca raz i nawet coś tam pamiętałam z mojego fakultetu. Ale gdzieżby pan doktor wpadł na pomysł, żeby studentce dać głowicę - przecież nie ma czasu na zabawę, on jest tak bardzo zajęty swoimi papierami... Parę razy zeszliśmy na izbę, np. żeby przyjąć pijaczka, który trzy razy zbierał się do podpisania dokumentów, a ostatecznie zdecydował nie poddawać się leczeniu. Pewnego dnia byłam tak spragniona jakiejkolwiek akcji, że gdy zobaczyłam jak dwóch lekarzy nagle się podnosi, biorą słuchawki i wychodzą, pytam się:

- Mogę iść z wami???? (tu mina tak bardzo podobna do poniższej) 


Na co doktórzy:
- A co wolisz, lighty czy mentolowe?

Na pediatrii było trochę ciekawiej. Zawitałam do innego szpitala, nie dało rady nijak skompensować sobie tych dwóch tygodni w jeden, tak jak na internie. Tu różnica była zasadnicza: lekarze sami kazali nam badać. Nie byłam sama, więc zdarzało się, że jednego dzieciaczka badały kolejno cztery osoby. Kiedy tam bałam się odezwać i o cokolwiek poprosić, tu mogłam spokojnie o wszystko zapytać. Duży wpływ na to miała na pewno młoda kadra i to, że szpital jest kliniczny. Na naszym oddziale były przypadki onkologiczne, głównie białaczki, ale też różne choroby autoimmunologiczne czy genetyczne, jak neurofibromatoza. Ciekawym doświadczeniem było skonfrontowanie się z problemami, chorobami, o których się uczyliśmy, ale w praktyce nie mieliśmy z nimi nigdy do czynienia - np. trombocytopenia niereagująca na leczenie sterydami, w przypadku której nawet lekarze nie wiedzieli co dalej, poza czekaniem, robić. Każdy przypadek niósł za sobą jakąś "opowieść" naukową, ale o wiele ciekawszą niż na zajęciach. W taki sposób wreszcie ułożyły mi się w głowie hemosyderoza i hemochromatoza. Braliśmy udział w planowaniu leczenia. Oglądaliśmy badania obrazowe, szukaliśmy nieprawidłowości. Badaliśmy i pisaliśmy historie choroby. Mogliśmy sprawdzić swoją wiedzę w praktyce.  Dzieciaczki przez częste wizyty były przyzwyczajone do lekarzy, pozytywnie nastawieni, otwarci - nawet najmłodsi. Również rodzice współpracowali lepiej niż niejeden dorosły pacjent na internie. Dostaliśmy do kieszeni pakiet naklejek "Dzielny pacjent", którymi nagradzaliśmy tych grzecznych i przekupywaliśmy tych płaczących pacjentów. Momentami było dużo śmiechu, gdy badałam chłopczykowi brzuch, badam i badam, zagaduję:
- Co Ty tam masz w tym brzuchu?

Na co chłopczyk:
- Płatki. 










poniedziałek, 4 lipca 2016

wiesz, kiedy

Krąży wśród nas, przyszłych medyków, takie przysłowie - "gdy zdasz anatomię wiesz, że będzie lekarzem, gdy zdasz farmę - wiesz kiedy nim będziesz". Czyżby to miało być już za trzy lata? Aż się wierzyć nie chce, jeszcze niedawno znów chciałam rzucać studia! Nie, nie znaczy to, że trzeci rok był jakiś straszny. Był chyba najprzyjemniejszym ze wszystkich, póki co. Na wszystko był czas, ale gdy pod koniec roku wszystko się nagle zwaliło na głowę - można było mieć już dość.
Wybaczcie, nie mam ochoty opisywać każdego przedmiotu po kolei, jednak jeśli macie jakieś pytania - śmiało pytajcie w komentarzach, na pewno odpowiem.

Przytoczę tylko krótką rozmowę, z moim małym chłopcem sprzed sesji:
- Małolata, masz tu ze mną zostać i będziemy układać klocki!
- Nie mogę, muszę się uczyć, mam dużo egzaminów...
- A ile?
- Cztery.
- Tak mało?! Cztery? To malutko!!!



sobota, 16 kwietnia 2016

wiosennie

Sama trochę sobie się dziwie, że wreszcie teraz, tu, na trzecim roku tyle się dzieje, a ja nic nie opisuję. Niczym się nie dzielę. Nie fascynuję się aż tak bardzo, żeby opisywać tu wszystko, co na trzecim jest pierwsze. Pierwszy raz na sali operacyjnej, pierwsza sekcja, pierwsze USG, pierwsze echo serca, pierwszy wymacany guz piersi, pierwszy wymacany przerzut w węzłach pachowych, pierwszy dodatni Chełmoński, pierwszy Courvoisier, pierwsze szwy... Codziennie coś nowego. Codziennie też powtarzają nam coś, co słyszeliśmy już mnóstwo razy. Dla mnie (i chyba nie tylko dla mnie) ciężki był powrót po świętach. Cały tydzień wolnego spędziłam u siebie na wsi, a pogoda dopisała na tyle, by odciąć się od tego codziennego, studenckiego życia - były ciekawe książki, dobre jedzenie, spacery, filmy i wiele, wiele innych rzeczy i spraw, których cień gdzieś się we mnie odbijał pierwszego dnia na klinikach. Właśnie tego dnia trafił się nam pierwszy nieprzytomny pacjent. Pani dr mówi, że dziś medycyna praktyczna. Zaczynamy od stanu ogólnego, przechodzimy do tego wszystkiego, do czego był podłączony. Z buzi wychodzi rura, dochodzi do jakiegoś prostokątnego urządzenia. Dr pyta: jak to się nazywa? Cała nasza czwórka myśli i myśli, szuka tego słowa, które w głowie na pewno ma, ale jakoś przez trzy lata nikt go od nas nie oczekiwał, a mądra Małolata wreszcie zabiera głos:
- Nooo, to jest ten... wentylator czy jakoś tak.
Może się wygłupiłam, ale pomogłam koleżance wydobyć ten "respirator", który obie miałyśmy na końcu języka. A potem, gdy powiedziałam o tym mamie to stwierdziła, że nie chce żebym ją leczyła, bo skoro mam ją do wentylatora podłączać, to ona sama się podłączy, bo nawet dwa w domu ma.
Natomiast drug koleżanka stwierdziła, że w "Na dobre i na złe" respirator wygląda inaczej.
Ot, jak się uczą przyszli medycy.